UWAGA! Fanfiction (oparte na świecie pani Rowling) zostało oznaczone jako NC-17!"Ilu będzie odważnych, by powrócić, kiedy poczują, że Znak na ich ramionach robi się czarny? A ilu będzie zbyt głupich, by pozostać tam, gdzie są?"
Lord Voldemort
"Kiedy czarodziej przechodzi na Ciemną Stronę wszystko inne przestaje być dla niego ważne..."
Rubeus Hagrid
"Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga... I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę..."
Światła już w nas nie ma
Zgasło kiedyś tam
Nie rzucamy się już w oczy
To jest miejska partyzantka
Wynieś z domu wszystko
Podpal łóżko
wyważ drzwi
Zbuduj sobie barykadę
Broń się do ostatniej krwi
Światła już w nas nie ma
Wypaliło się*
Nasze myśli i marzenia są jak te gwiazdy, widzisz, Elizabeth? Spójrz, właśnie w tym miejscu, z naszego okna doskonale to widać. To taka plątanina tego wszystkiego, co nas otacza, tego, do czego podświadomie zmierzamy i czego pragniemy. Widzisz to? Te gwiazdy na niebie, one tylko łączą poszczególne punkty naszych dróg, to te światełka w tunelach, o których tyle razy ci mówiłam. Betty, popatrz tam! Ten – o, tutaj – gwiazdozbiór to droga, którą przeszedł jeden z nich. Tymi liniami pokazuje, jak daleko zaszły jego marzenia, w którym miejscu zaprzestał tej gonitwy za nimi. Betty, proszę cię, obiecaj mi, że też stworzysz swój gwiazdozbiór, dobrze? Że te niewidzialne linie wyznaczą drogę twojego życia, by każdy później mógł podziwiać, jak wiele dokonałaś...
Elizabeth siedziała na parapecie tego samego okna, co ostatniej czerwcowej nocy spędzonej w Hogwarcie, i wspominała swoją zmarłą przyjaciółkę. Katherine była tu z nią, podczas gdy Merla i Janette udały się na imprezę organizowaną w którymś z lochów. Siedziała obok, wyciągniętą ręką wskazując poszczególne znaki na niebie. Szaleństwo, przemknęło przez myśl Elizabeth.
To było bardzo mało taktowne, ale kto powiedział, że Krukonki muszą być taktowne? Padmore nie miała pojęcia, co ma sądzić o tym wszystkim – przede wszystkim o mordzie w pociągu, dopiero później o tym, co stało się z jej przyjaciółką w sierpniu. Doskonale wiedziała, że ciężkie czasy to już nie mit i bajka, to już nie babcine opowiadania o wojnie, którą przeżyła – to rzeczywistość. Zdawała sobie sprawę z potęgi Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale dopiero, gdy na własnej skórze odczuła stratę, zrozumiała, że to już nie bitwa o przetrwanie, a walka na śmierć i życie.
To wszystko stało się w jednej sekundzie. Nagle zorientowała się, że to koniec, że nic nie przywróci życia Katherine – cokolwiek by nie uczyniła, nie sprawi, że jej przyjaciółka będzie mogła też stworzyć swój gwiazdozbiór. Elizabeth zeskoczyła z parapetu, ze wściekłości szarpiąc granatowe zasłony, które zaraz spadły na ziemię. To było jak nagłe olśnienie, które cechuje wielkich wynalazców – z tą różnicą, że dziewczyna nie miała odkryć na nowo elektryczności. Dopiero w tym momencie doszła do jej mózgu wiadomość, że to już nieważne, że granica między dobrem a złem i tak niedługo się zatrze, a w tej wojnie nie są ważne intencje, a to, kto ma więcej siły i mocy, jaką dozą inteligencji jest się w stanie wykazać.
A przecież od zawsze było wiadomo, że Krukoni bywali pod tym względem... nieprzeciętni.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp.
W jedną stronę i w drugą, z powrotem, odchylenie... Dziecięcy śmiech, och, jakie zadowolenie!
Skrzyyyp. TRACH!
Kobieta podskoczyła w miejscu i rozejrzała się dookoła, ale kiedy nie zobaczyła nic nadzwyczajnego, ponownie odwróciła głowę w stronę swojego dziecka, które siedziało na huśtawce. Widząc zadowolenie wymalowane na twarzy malca, mimowolnie kąciki jej ust uniosły się lekko do góry. Podeszła bliżej i przytuliła chłopca, ściągając go przy tym z drewnianego siedzenia.
Tymczasem, parę metrów obok, za krzakami, które niedługo miały zgubić liście, dało się słyszeć ciche przekleństwa.
— Szlag by trafił tych pieprzonych mugoli, co oni sobie myślą, cholera jasna! Zimno już jest, spieprzać do domu, a nie siedzieć w parku! Podobno tutaj można się bezpiecznie teleportować — mówił do siebie, podnosząc się z ziemi. Wstał i otrzepał spodnie ze żwiru, na którym wylądował. — Że też sobie wybrali takie miejsce, ja pierdolę...
Daniel wyprostował się i rozejrzał dookoła. Od zawsze przeklinał okolicę, w której stał jego rodzinny dom – nigdzie nie dało się bezpiecznie aportować. Zawsze, kiedy miał się tutaj pojawić, musiał jako cel obrać sobie pobliski Cathnor Park. Co prawda, było od niego może pięć minut drogi do Elgin Ave, gdzie stał dom Smithów, jednakże nigdy nie wybaczył im tego, że – jako czarodziej! - musiał przemierzać tyle drogi na piechotę.
Wyciągnął z kieszeni skóry paczkę mugolskich papierosów i zapalił.
Stał przed beżowym domem z ciemnym dachem. Od kilku chwil wpatrywał się uparcie w orzechowe drzwi, zupełnie jakby oczekiwał, że zaraz zjawi się ktoś, kto powie mu, że państwo Smith już tutaj nie mieszkają, że nie wie, gdzie się przeprowadzili – ewentualnie, że wyjdzie jego ojciec i stwierdzi, że nastąpiła pomyłka i Daniel nie jest zaproszony.
Chociaż – przecież tak naprawdę zupełnie mu to nie pasowało.
Eks-Ślizgon przybył w to miejsce tylko z jednego powodu i na pewno nie były to urodziny jego – psiakrew – matki. W prawej kieszeni spodni miał schowaną różdżkę, której koniec i tak wystawał nieco ponad pięć cali z tej sprytnej kryjówki. Gdyby nie skóra, którą zarzucił na ramiona, mugole (których było tutaj pełno, Daniel nie rozumiał, jak mógł wychować się w takim miejscu) na pewno zwróciliby na niego uwagę – a tego całym swym ślizgońskim sercem starał się uniknąć. Przecież usłyszał, jasno i wyraźnie: bez świadków.
Rozejrzał się dookoła; ogród był w takim samym stanie, jaki zapamiętał. Odkąd sięgał pamięcią, trawa zawsze musiała być równo przystrzyżona, a kwiaty zasiane w odpowiedniej kolejności: od czerwonych, przez pomarańczowe i żółte, do niebieskich. Żadnego różu, Isabella nienawidziła różowych kwiatów.
Splunął i rzucił niedopałek na schludną ścieżkę. Schylił się i zerwał parę żółtych chryzantem, po czym zerknął za siebie, czy nikt nie patrzy, i krótko machnął różdżką.
Okrągły stół pokryty niebieską ceratą sięgającą podłogi, stał na samym środku pokoju. Na jego środku znajdował się zielony wazon z różowymi chryzantemami, na które kątem oka zerkał James. Zmarszczone brwi świadczyły o tym, że nie podoba mu się prezent jego własnego brata – on i Susanna postanowili uczcić pięćdziesiąte urodziny Isabelli, kupując jej drogi, piękny obraz, który właśnie zdobił lawendową ścianę. Jego monotonia doskonale pasowała do wystroju wnętrza – zielone pole, uwiecznione przez jednego z nieodkrytych artystów, idealnie współgrało ze spokojem, którym wręcz emanowało pomieszczenie. Daniel przypomniał sobie, jak bardzo nie lubił przebywać w tym miejscu; często zabraniano mu dotykania mebli, by przypadkiem ich nie pobrudził. Gdy stał się większy, z zasady tu nie przebywał, posiłki bowiem jadał sam, w małej kuchni, by później całe dnie spędzić poza domem.
Nie trzeba być specjalnie inteligentnym, by zorientować się, że atmosferę, która panowała przy stole, można było określić jako napiętą. Solenizantka, siedząca obok ojca Daniela i swojej wnuczki, uśmiechała się sztucznie, co chwilę przenosząc wzrok z jednej osoby na drugą. James przyglądał się uważnie swojemu bratu, zupełnie jakby chciał wyczytać w jego myślach, co też ten chce uczynić. Jego żona co chwilę upominała małą Estelle, by ta przestała się kręcić na krześle. Jedynie ojciec Daniela wydawał się dziwnie spokojny – razem z synem rozmawiał o ostatnim meczu quidditcha.
— Tak więc, synu, oglądając ostatni mecz zauważyłem dziwną rzecz... tak więc, Jefferson rzucił kafla, tak więc Wood go złapał, tak więc starał się przerzucić przez pętlę, tak więc pomknął wtedy przez boisko, tak więc jego miotła pochyliła się w dziwny sposób... — mówił wyniosłym tonem, a Daniel, mimo całej swojej niechęci do rodzica, nie mógł stłumić śmiechu. Zawsze śmieszył go ojciec i jego ciągłe wtrącanie „tak więc”. Spotkał się już z ludźmi, którzy używali innych określeń, ale to wydawało się mu zbyt absurdalne i po prostu dziwne. Udając więc, że chrząka, przystawił dłoń do ust i dalej, udając skupienie, słuchał mężczyzny: — Tak więc się pochyliła, tak więc opadła niżej, tak więc Wood opadał też coraz niżej, tak więc w konsekwencji był niżej. Tak więc lecąc rzucał kaflem, ale opadł tak nisko, tak więc piłka nie doleciała do obręczy... Tak więc złapał ją zawodnik z drugiej drużyny, tak więc znalazła się w posiadaniu przeciwnika... - zawiesił głos i spojrzał wymownie na syna, czekając, aż mu odpowie.
Daniel siedział chwilę nieruchomo, nie zwróciwszy nawet uwagi na to, że Lamont przestał mówić. Dopiero po chwili, gdy przy stole zaległa całkowita cisza, ocknął się i rzucił szybko:
— I wygrały Orły? — Było to raczej pytanie retoryczne, gdyż obydwaj doskonale wiedzieli, kto był faworytem w tym spotkaniu. Smith pozwolił sam sobie odpowiedzieć: — Tak, więc...
James nie pozwolił mu dokończyć – wyczuwając jawną kpinę w głosie brata, przerwał mu:
— Czy czekamy jeszcze na kogoś? — zwrócił się do matki, mrużąc podejrzliwie oczy.
Kobieta wydała nagle z siebie dziwny dźwięk, który, w jej mniemaniu, miał przypominać westchnienie pełne żalu. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w jej kierunku, czekając, aż ta coś powie.
— Och, Jessie, teraz... teraz już nie — wyznała dramatycznym głosem, teatralnie przykładając dłoń do czoła. Daniel parsknął śmiechem – James rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym ponownie odwrócił do matki, zachęcając ją, by kontynuowała. — Widzisz, Jessie... — zaczęła, nie wiedząc, jak powinna to powiedzieć, by wyszło tak dramatycznie, jak to sobie wyobraziła. — Nie wiem, czy o tym słyszałeś... ach, Prorok o tym wspominał, oczywiście, ale dziś tyle napaści... Och, Jessie! — westchnęła po raz kolejny, powodując tylko kolejne parsknięcie śmiechem Daniela. Tym razem jego brat nie zwrócił na to uwagi, kiwnął jedynie zachęcająco głową, by kobieta kontynuowała. — Pamiętasz, gdy byłeś mały, często odwiedzała nas Abigail...
Całe szczęście, że wszyscy goście obserwowali przedstawienie, które dawała właśnie Isabella – nikt nie zauważył zdezorientowanej miny Daniela, który wyglądał, jakby ktoś powiedział mu, że to wszystko sen i tak naprawdę nie jest czarodziejem. Nie spodziewał się, że rozmowa tak szybko zejdzie na te tematy – tym prędzej musiał zacząć działać. Podsunął się na krześle, ukradkiem wysuwając pod stołem różdżkę. Rozglądnął się powoli, mierząc kolejnych członków jego rodziny. Po jego lewej siedział James, który kiwał głową, słuchając matki. Miejsce obok zajmował Lamont, ojciec Daniela, stykając się ramieniem z żoną, Isabellą. Zza różowych kwiatów Smith dojrzał swoją bratanicę, Estelle, która jako jedyna wydawała się nie być zainteresowana rozmową. Susanna co chwilę na nią zerkała, nie chcąc, by dziecko wydało się niegrzeczne na wizycie u teściowej. Raz, dwa, trzy, dziś obiadu nie jesz ty, wyliczał Daniel w myślach, przy każdej sylabie wskazując różdżką na inną osobę. Przy ostatnim słowie przekręcił głowę w prawo, po czym zerknął na rudowłosą kobietę siedzącą obok. Susanna spojrzała w jego zielone oczy i już chciała coś powiedzieć, jednak w tej samej chwili mężczyzna machnął różdżką, jednocześnie uciszając i unieruchamiając mugolkę. Uśmiechnął się do niej szyderczo, po czym wymownie przeniósł wzrok na jej córkę. Gdyby w tej chwili popatrzył na Susannę, doszukałby się w jej oczach, pełnych rozpaczy, niemej prośby o darowanie życia jej Essie.
— To była bardzo miła kobieta, poznałam ją w Padville Village, gdzie zmuszona byłam przebywać podczas tego makabrycznego zdarzenia, jakim była... och, doskonale wiesz, o czym mówię, nie każ mi tego wymawiać! Och, skoro nalegasz... — westchnęła, a James otworzył tylko szerzej oczy – nie prosił o nic matki, wręcz przeciwnie, cały czas siedział cicho. Jednakże, mając na uwadze zamiłowanie kobiety do aktorstwa, przemilczał tę uwagę i pozwolił jej kontynuować. — Druga wojna światowa — wyznała głosem, który w zamierzeniu miał być zapewne mroczny i sprawiający, że każdego przeszłyby ciarki. — Długo później, kiedy obydwie zamieszkałyśmy w Londynie, często się odwiedzałyśmy... — mówiła. Daniel zacisnął mocniej palce na różdżce, po czym, pod stołem celując w Estelle, poruszył bezgłośne ustami, wypowiadając formułkę zaklęcia. Dziewczynka znieruchomiała i zamilkła, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi – tylko Susanna opiekowała się córką, reszta gości słuchała przez cały czas Isabelli. Teraz, gdy jej matka również nie mogła się poruszyć, mała dziewczynka została wydana na pastwę losu. Czy raczej – na pastwę Daniela.
Mężczyzna spojrzał po kolei na pozostałą trójkę, zadając sobie nieme pytanie „kto kolejny?”. Do tej pory zajął się świadkami, a prawdziwe zlecenie Lorda dotyczyło najbliższej rodziny. Już miał kolejny raz wyliczyć, kiedy usłyszał głos ojca:
— Bella, to chyba nie jest odpowiednia chwila, by opowiadać o Abigail — stwierdził. Smith poczuł dziwne ciarki na plecach, jak zawsze, gdy Lamont wypowiadał skrócone imię jego matki. Nigdy do tego nie przywykł, ciągle miał wrażenie, że ojciec zwraca się do Bellatrix – której przecież tutaj nawet nie było. Jednakże, odwrócona uwaga od Jamesa, pozwoliła Danielowi wycelować właśnie w niego.
— Kochanie, ależ oni muszą znać prawdę! — oburzyła się, odwracając do syna. W tej sekundzie eks-Ślizgon rzucił zaklęcia na ojca, a gdy jego własna matka otworzyła szeroko usta i zdziwiona rozglądała się po gościach, jawnie wysunął w jej kierunku różdżkę. — Danielu! — zdążyła tylko wykrzyczeć głosem pełnym rozpaczy, kiedy, podobnie jak pozostali, znieruchomiała i uciszyła się.
Uśmiechnął się tryumfalnie, po czym zaśmiał szyderczo.
Elizabeth chodziła w tę i z powrotem, nerwowo wyginając palce. Podczas obiadu nie mogła nic przełknąć, więc zdecydowała, że nie ma sensu tam dłużej siedzieć – jęczenia Merli i Janette tylko ją denerwowały. Przybyła więc pod klasę wcześniej, niż zamierzała. Rzuciła torbę na parapet i stukając o podłogę swoimi obcasami, zastanawiała się, co może powiedzieć. I, przede wszystkim, jak to powiedzieć.
Dopiero niedawno zorientowała się, że nie sposób pozostać neutralnym – nie teraz, kiedy rozegrać ma się wojna stulecia – a może nawet tysiąclecia? Była mądrą Krukonką, potrafiła kalkulować, potrafiła wskazać, co liczy się bardziej i kto ma większe szanse na zwycięstwo. W tym przypadku było to jasne: gdy nadejdzie już to największe starcie, ona podzieli los swojej przyjaciółki. Jakież egoistyczne podejście cechowało Elizabeth – jakież ludzkie!
Sekundy zdawały się być minutami, minuty – godzinami. Czas dłużył się jej niemiłosiernie, a przy tym uciekał w zaskakująco szybkim tempie. Spędziła przed klasą już pół godziny, a mimo to ani odrobinę nie przybliżyła się do określenia tego, co chce powiedzieć Yaxleyowi. Czy ją wyśmieje? Co powinna zrobić, by nie uznał, że chce zaatakować jego i ich wszystkich, wypominając im Katherine? W pewnej chwili Elizabeth jęknęła żałośnie, po czym osunęła się zrozpaczona na posadzkę. Schowała twarz w dłoniach po czym wydała z siebie odgłos, który przypominał skamlenie torturowanego psa.
— Dobrze robisz, Padmore — usłyszała w tej samej chwili. Gdy opuściła dłonie, ujrzała wysoką blondynkę, która patrzyła się w jej stronę, uśmiechając się szyderczo. — Ćwicz, oni lubią, gdy ktoś tak ładnie jęczy i błaga o darowanie życia — dodała, patrząc na Krukonkę jak na obrzydliwego owada.
Elizabeth już miała coś odburknąć, kiedy dziewczyna odwróciła się i podeszła do grupki Ślizgonek. I dobrze, pomyślała brunetka, kiedy nagle zorientowała się, kim jest jej rozmówczyni. Poderwała się szybko na nogi i zawołała za nią:
— Hej! Ameri... — zaczęła, jednak blondynka szybko się odwróciła i posłała jej spojrzenie, które mówiło wszystko samo za siebie. — Monaghan! — poprawiła się zaraz, mając na uwadze to, jak dziewczyna nienawidziła swojego imienia. A przecież teraz należało być miłym. — Mogę mieć do ciebie prośbę?
— Nie zwykłam spełniać próśb takich ścierw jak ty — wysyczała, marszcząc brwi. Posłała Krukonce wyzywające spojrzenie, czekając, aż ta odwróci wzrok. Jednak, gdy po paru chwilach Elizabeth nadal trzymała wysoko uniesioną głowę, mruknęła do koleżanek: — Zaraz wracam.
Podeszła parę kroków – Elizabeth chwyciła torbę i odeszła jeszcze dalej. Americana jeszcze bardziej zmarszczyła brwi, po czym podążyła za dziewczyną. Gdy ta stanęła przy obrazie przedstawiającym sześć czarownic podczas obrządków towarzyszących Nocy Kupały, Ślizgonka nie zdążyła zapytać, o co chodzi.
— Wiem, że masz dobre kontakty z Yaxleyem — zaczęła brunetka, nerwowo wykręcając palce. — Czy mogłabyś mi powiedzieć, czy zjawi się dzisiaj na transmutacji? — spytała, przy każdym słowie zniżając ton głosu.
— Yaxley — powtórzyła Americana, otwierając szeroko oczy. — Seward Yaxley? — upewniła się, a kiedy jej rozmówczyni pokiwała głową, parsknęła śmiechem. — Wątpię, by ktoś pokroju Yaxleya chciał z tobą rozmawiać — oznajmiła, uśmiechając się sztucznie.
— Rozumiem, że nie możesz mi pomóc — fuknęła Elizabeth.
Odwróciła się i już chciała odejść, gdy Ślizgonka zawołała:
— Czekaj! Czego chcesz od Yaxleya? — Skrzyżowała ręce na piersiach, patrząc wyczekująco na Krukonkę.
Elizabeth westchnęła i zaczęła:
— Chodzi o... chodzi o Katherine. — Gdy zobaczyła, że Americana otwiera usta, by coś powiedzieć, dodała szybko: — Nie, nie, nie chcę ci mówić o tym, jakie to straszne, że zginęła! — Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, jak musiało to zabrzmieć, jednak przełknęła ślinę i kontynuowała: — Widzisz... to wydarzenie dało mi wiele do myślenia... I... Ja nie wiem, jak to powiedzieć, ale...
— Streszczaj się — przerwała jej blondynka.
— ...chodzi o to, że... ja zdałam sobie sprawę z tego, jak to... to wszystko wygląda — dokończyła kulawo, po czym zganiła się w myślach. Przestań pieprzyć, dodała i zacisnęła pięści. — Mam tego dość. Wiem już, kto będzie wygranym w tej wojnie i nie mam zamiaru słuchać tego, co wygaduje Dumbledore. Wiem, kto się liczy.
Spojrzała wyczekująco na Ślizgonkę, która patrzyła na nią z niedowierzaniem.
— Jeśli łżesz, zginiesz i dobrze o tym wiesz — syknęła. — Przekażę to Sewardowi. Elizabeth Padmore, wiem, gdzie mogę cię znaleźć — oznajmiła, po czym odeszła od Krukonki, mijając grupkę koleżanek i weszła do klasy.
Brunetka odetchnęła z ulgą.
*„Generacja nic”, Cool Kids Of Death
lori, wtorek, 28 lipca 2009, 23:02:22. skomentuj(11)
Grafikę wykonała specjalnie dla mnie Mi, korzystając przy tym z dwóchgalerii. Zakodowałam sama. Do menu prosta droga - wystarczy kliknąć na twarz mężczyzny przedstawionego na szablonie.