Lord Voldemort
"Kiedy czarodziej przechodzi na stronę Ciemności, wtedy już nic i nikt się dla niego nie liczy..."Rubeus Hagrid
"Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga... I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę..."Stalero Quirrell
My darling demon is my only friend
- Here it comes..
But I'm not gonna die..
I gotta get out of here...
[...]
Same old song keeps haunting me
Yeah, I know I'm a monster..*
Do listopada 1980 roku Elizabeth zdążyła już zacząć żałować swojej decyzji. Po sumach zdecydowała się na kontynuowanie aż siedmiu przedmiotów: eliksirów, zaklęć, transmutacji, historii magii, obrony przed czarną magią, opieki nad magicznymi stworzeniami i, sama nie wiedziała po co, starożytnych run. We wrześniu wszystko wydawało się inne, a Elizabeth nie musiała zdawać sobie sprawy, dlaczego postąpiła w ten sposób – dla profesora Flitwicka było zupełnie jasne, że dziewczyna chce odciągnąć swoje myśli od zamordowanej przyjaciółki. W ogólnym rozrachunku zrezygnowała tylko z zielarstwa i astronomii, przedmiotów, którym i tak nie poświęcała za dużo uwagi. W końcu to Kath uwielbiała obserwować niebo...
Piątkowego popołudnia miała wszystkiego dość. Od rana do paru minut po szesnastej, z chwilą przerwy na obiad, zmuszona była siedzieć w salach lekcyjnych. Zdawało się jej, że mózg paruje, a ona sama zaraz oszaleje, jeśli nie odetchnie choć chwilę – niestety, zaraz po starożytnych runach pomaszerowała do biblioteki, gdzie z rezygnacją opadła na krzesło w rogu. Ułożyła głowę na stole i zakryła się rękoma, wplatając palce w brązowe kosmyki.
— Do pracy! — Elizabeth poczuła, że ktoś opada na miejsce obok niej. Po specyficznym, rosyjskim akcencie od razu rozpoznała, kto to był.
— Nie ma mowy — wymruczała ledwo dosłyszalnie, cały czas nie podnosząc się ze stołu. Była naprawdę niewyspana; do późnej nocy siedziała z Sewardem. Raz, rozmawiali o ostatnim spotkaniu w dość wąskim gronie i tymczasowej roli Elizabeth – która polegała na powolnym ściąganiu do ich grupy uczniów spoza Slytherinu, dwa, musieli spędzać ze sobą trochę czasu, skoro wymówką Padmore na tak częste kręcenie się wokół Ślizgonów były bliższe stosunki z Yaxleyem. Chłopak wydawał się żywo zainteresowany osobą Sylvii, piątorocznej Krukonki, dlatego też krótko streściła mu, co o niej wie i dlaczego jej wybór padł właśnie na panienkę Bennet. W zamian chciała dowiedzieć się, co tak naprawdę zdarzyło się w ostatnią sobotę; nie chciała przecież wierzyć w plotki o zwykłym pobiciu przez kumpla. Chociaż, skoro kojarzyła postać Traversa – może była wtedy w młodszych klasach, ale to nic nie znaczyło – nie mogła wątpić w te pogłoski...
— No, Betty. — Dziewczyna szturchnęła ją w ramię, ciągnąc lekko za kosmyk włosów. Elizabeth podniosła się niechętnie, obdarzając koleżankę zmęczonym spojrzeniem.
Olgę poznała nieco ponad rok temu, gdy ta zmuszona była przenieść się z Durmstrangu ze względu na zmianę regulaminu Instytutu. Panienka Gołubiew, pomimo że w Rosji uczyła się rok wyżej niż Elizabeth, przez fakt urodzin we wrześniu zmuszona była na powrót zacząć szóstą klasę – i choć początkowo wszystkim zdawało się to bezsensowne, szybko okazało się, że poziom nauki w Durmstrangu nieco różnił się od tego hogwarckiego. Przydzielona do Gryffindoru „szlama” czuła się nieco upokorzona faktem wydalenia jej z poprzedniej szkoły – i chodziło tutaj o samą sytuację, wszak cały czas powtarzała, jak nieprzyjemna atmosfera panowała w Durmstrangu. Wykorzystując resztki nadszarpniętej, gryfońskiej dumy i odwagi, zaczęła powoli nastawiać coraz to bliższych jej ludzi przeciwko czystokrwistym maniakom. Złośliwi mawiali, że jej temperament to sprawa czerwonych jak ogień włosów – ze świecą było szukać drugich takich w Hogwarcie.
— Pamiętasz, że będziemy się widzieć dzisiaj wieczorem, prawda? — rzuciła wesoło Olga, zakładając nogę na nogę. Beztroski uśmiech na jej twarzy kontrastował z wagą słów, które wypowiadała – obydwie wiedziały, że nie chodzi o zwykłe spotkanie, na którym podzieliłyby się najnowszymi plotkami.
— Tak, tak, pamiętam — mruknęła Elizabeth, ziewając przeciągle. — Ale... tylko na chwilę, wiesz, mam trochę nauki.
Uśmiech spełzł z twarzy Rosjanki, zastąpiony autentycznym grymasem smutku.
— Ależ Betty! Przecież jak ty mi wszystko opowiesz — zmartwiła się Olga, przykładając dłoń do skroni. — Co ja mogę bez ciebie i informacji o uczniakach Salazara...
Padmore przełknęła głośno ślinę, odrobinę zaskoczona tak emocjonalną reakcją Gryfonki. Zakręciła kosmyk włosów na palcu i swoimi szaroniebieskimi oczami zamrugała nerwowo.
— Ale to jeszcze za wcześnie — szepnęła przekonująco, kiwając lekko głową, by uspokoić Olgę. — Za wcześnie albo oni nic nie robią — dodała konspiracyjnie, pozwalając włosom swobodnie opaść na jej twarz. — Przecież... widzisz, widzisz, że w tym zamku nic się nie dzieje!
Dopiero te ostatnie słowa zdołały jakoś wpłynąć na panienkę Gołubiew – chcąc nie chcąc, musiała przyznać Elizabeth rację; Ślizgoni, jak do tej pory, siedzieli w swoich lochach, nikomu specjalnie nie wadząc. A to, że czasami się z kimś pojedynkowali czy wyzywali... nie należało to do czegoś, co zasługiwało na specjalną uwagę.
Olga uśmiechnęła się niepewnie, a Elizabeth w myślach zanotowała, by powiedzieć o tym Sewardowi. Przyda się im trochę hałasu i szumu, by odwrócić uwagę innych uczniów od tego, co tak naprawdę robią...
Było czarno, a oni byli czarni, na ich twarzach próżno jednak szukać bieli, wszak żadnego z obecnych tu czarodziejów nie ogarniała panika, prędzej podniecenie. I co rusz poprawiali ciemne, ministerialne szaty, lekko zdenerwowani, lekko spoceni, przecież w rękawach ukryte były różdżki, różdżki przeróżne: czy to bez, czy wierzba, smocze włókno czy dwanaście cali, żadna różnica. I twarze, przeklętych śmierciożerców twarze, niczego nie zdradzały, jeno przypadkowi przechodnie potrafili dopasować je do kolejnych nazwisk, czterech nazwisk, które obok siebie nie tak niewytłumaczalny strach powodowały. Bo cóż to za Tajemnica, gdy tajemnicą poliszynela się ona staje, kiedy o sprawach tych mówi się już otwartym ukradkiem, gdy nie wymienia się nazw, a każdy wie, kiedy zamknąć oczy i zatkać uszy. I cóż to za uśmiech na ich twarzach, nic nie mówią, ale dobrze odczytują swe myśli, myśli o osiągniętym celu i większych zamierzeniach; tak też czują to, co czują inni, tak też cieszą się ze swojej pozycji i powziętej decyzji.
I rozmawiają beztrosko, na tematy błahe i żadnego z nich nie interesujące, nadstawiając tylko uszu na sygnały. Powolnym krokiem podczas przerwy śniadaniowej zmierzają w kierunku korytarza, na którym żaden z nich nie pracuje, wspominając czasy hogwarckie, później ostatnią popijawę. W końcu stoją tak, jeden opiera się o ścianę, drugi kuca, trzeci chodzi w tę i z powrotem nękany brakiem nikotyny, ostatni co chwila zerka w prawą stronę. A ludzie przechodzą, przyśpieszając jedynie kroku, nieświadomi tego, że po wyjściu z korytarza ich pamięć zacznie płatać figle – czy to wskutek jednego „dzień dobry” za mało, czy może nieprzychylnego spojrzenia?
Niedługo potem Augustus Rookwood pojawia się na zakręcie, a obok niego postać znamienita, to przecież Igniatus Rosenberg, Minister Magii we własnej osobie. A za nim trzyosobowa świta, wraz z marszczącym czoło na widok naszej czwórki czarodziejem. I on już wie, co się dzieje, wyciąga rękę w stronę Ministra i mówi:
— Panie Mini...
Ale jest już za późno. Na korytarz wpadają trzy kolejne osoby, w białych jak śnieg maskach na twarzach. I jeden z nich krzyczy:
— Muffiato!
By posypać się mogła lawina zaklęć.
Ktoś wyciąga przed siebie rękę z czarnym proszkiem i w ostatniej chwili Augustus Rookwood łapie Ministra, pętając mu w uścisku ręce. I już nie widzą, co się dzieje, ale wedle planu ciągnie go do tyłu, w stronę trójki śmierciożerców, bo prywatna ochrona rzuci się przecież do przodu. Tak się też dzieje, wspaniała czwórka walczy teraz z czarodziejami, nie widząc, w kogo ciskają śmiercionośne zaklęcia. I choć krzyczą, krzyczą straszne rzeczy, po głosie jedynie rozpoznając, w kogo trafili, co raz cofają swoje Cruciatusy, nieświadomi tego, kogo ugodziły ich zaklęcia. I powoli ciemność opada, widzą już swoje kontury, a rzecz to straszna, wszak cała siódemka stoi jeszcze na nogach. Nieważne, po stokroć nieważne, że tamci rozglądają się w panice dookoła, gdzie Rookwood i Minister, gdzie trójka śmierciożerców – w takim momencie trzy Avady lecą w ich stronę. A Daniel stoi, stoi w miejscu z wyciągniętą różdżką i nie odzywa się ani słowem. I patrzy na nich wzrokiem przenikliwym, a wszyscy czują to samo. I trzy trupy nie mają tu znaczenia, to ich boli – biegną ile sił w nogach dalej, według planu, rozdzielają się na skrzyżowaniu: Avery z Nottem, on z Traversem. W lewo, prędko w lewo, później prosto: wpadają do małej sali pełnej spanikowanych ludzi. Tu już nie mają znaczenia ich uczucia, lekkie kłucie w sercu, że to nie oni zamordowali Ministra, w myślach Avada, na ustach Avada, w oczach tylko satysfakcja. Bo widzą, obydwaj widzą ten strach i przerażenie, z dzikim okrzykiem w sercu celują w kobietę w ciąży, ale nie wiedzą, nie wiedzą, czyj promień ugodził to dwugłowe stworzenie. Więc biegną, biegną dalej, a ich droga zieleni się na śmierć**.
— To już.
Yaxley rzucił na środek kółka, w którym siedzieli, zgiętego na pół „Proroka Codziennego”. Wszyscy podnieśli na niego wzrok, nieświadomi tego, co miał na myśli. Americana uniosła się na kolanach i nachyliła, wyciągając rękę po gazetę. Spódniczka podwinęła się jej lekko, ukazując całe udo. Chłopak siedzący obok panienki Monaghan chrząknął znacząco i przysunął się bliżej – Ślizgonka dopiero teraz zauważyła, co się stało.
— Pieprz się, Stone — warknęła, poprawiając spódniczkę.
Jugson zaśmiał się pod nosem.
— Te, miałeś nadzieję się z nią pobawić? To tylko Traversowe wchodź-wychodź — rzucił, wprawiając tym wszystkich Ślizgonów w ogólne rozbawienie. Pomimo tego, że żartowali w ten sposób z Americany już trzeci rok, był to zdecydowanie temat, który niezmiennie wszystkich śmieszył.
Monaghan, pomimo rosnącej wściekłości, zdobyła się na złośliwy uśmiech i wycedziła przez zaciśnięte zęby:
— Doskonale wiem, że ty, Jugson, miałbyś ochotę się ze mną pobawić, ale niestety szanse na to masz takie same, jak Puchoni na Puchar Quidditcha. A teraz zamknij mordę, bo chcę to przeczytać — dodała, uśmiechając się słodko. — Morderca w Ministerstwie Magii... Bla, bla, bla, Igniatus Rosenberg, Minister Magii, zabity... tajemniczy morderca... bla, bla, bla, na czas poszukiwań winnego stanowisko Ministra Magii obejmuje Millicenta Bagnold! — przeczytała szybko, a w jej głosie można było dosłyszeć podniecenie. Podniosła wzrok na pozostałych i zaczęła: — Wiecie, co to zna...
— Czytaj dalej! — przerwała jej Elizabeth, ponaglając ją ruchem ręki.
Americana spojrzała na nią złowrogo, pomimo tego spełniając prośbę Krukonki.
— Słuchajcie tego! To nowy rozdział w dziejach czarodziejów, mówi Augustus Rookwood, pracownik Depar... nieważne. Ministerstwo Magii już nigdy nie pozwoli sobie na coś podobnego. Do tej pory system, który mieliśmy, pozwalał zbyt wielkiej liczbie ludzi na przewijanie się przez korytarza Ministerstwa. Złapanie mordercy Igniatusa Rosenberga będzie przez to zadaniem trudnym do wykonania, ale wierzę, że pani Minister Millicenta Bagnold dołoży wszelkich starań, by niemożliwe stało się możliwym. Nie ukrywam, że na to zdarzenie mogła mieć wpływ zła polityka prowadzona przez Rosenberga. Wraz z Ministrem zostało zamordowanych paru jego najbliższych współpracowników, którzy jak teraz wiemy, mieli wpływ na podejmowane przez niego decyzje. Możliwe, że właśnie przez to zginął całkowicie niewinny człowiek... — czytała podniesionym głosem. — Słowa pana Rookwooda, choć nie brzmią optymistycznie, przywodzą na myśl smutną prawdę. Z dzisiejszym dniem następuje dla nas nowa era, a pod rządami nowego Ministra, pani Millicenty Bagnold, nie będziemy świadkami tak wielkiego zakłamania, w jakim przyszło nam żyć przez ostatnie lata. — Americana zamilkła i podniosła głowę do góry. Na jej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. — W końcu!
— Czy to zna...
— O ja pier...
— Nie wie...
— TAK! — To krzyk Sylvii przerwał na wpół dokończone wypowiedzi pozostałych. Oczy wszystkich zebranych na sali zwróciły się na najmłodszą dziewczynę, która zarumieniła się pod naporem ich spojrzeń.
Yaxley uśmiechnął się do Elizabeth.
— ...w jakim przyszło nam żyć przez ostatnie lata. CO ZA BREDNIE! — Syriusz Black cisnął gazetę na stół, zaciskając mocno pięści. Jego ciemne oczy lśniły żywym ogniem wściekłości, gdy z impetem przewrócił stojące obok krzesło. — Nie, nie, nie, ludzie nie mogą w to uwierzyć!
— Syriusz...
— Jak możesz siedzieć tak spokojnie, Jones?! — wrzasnął, stając przed kobietą. — Czy ty nie rozumiesz, co...
— Wierz mi, że nie jestem spokojna! — przerwała mu warknięciem, wstając z miejsca. — Ale twoje wrzaski nic nie zmienią, trzeba jak najszybciej skontaktować się z pozostałymi członkami Zakonu, sami przecież... — zamilkła, speszona jego spojrzeniem.
Stali tak przez chwilę, wpatrując się w siebie. Syriusz oddychał płytko, starając się uspokoić; Hestia chciała odwrócić od niego wzrok, jednak było to o wiele trudniejsze, niż mogła przypuszczać.
— My... Ja... Co teraz? — spytała w końcu, zagryzając nerwowo wargę. Odgarnęła za ucho ciemne, gęste włosy.
— Przede wszystkim, nie będziemy tu tak siedzieć — warknął, odwracając się od niej i sięgając po swoją kurtkę. — Bierz płaszcz, jedziemy do Weasleyów.
Skinęła głową i posłusznie spełniła rozkaz.
— ...w jakim przyszło nam żyć przez ostatnie lata. — Lestrange zamilkł, odkładając gazetę na biurko. Podniósł wzrok na Dołohowa i przesunął w jego stronę „Proroka Codziennego”, którego dosłownie przed chwilą dostarczyła mu piękna, śnieżna sowa. — Zobacz, jest tam zdjęcia nowej pani Minister.
Antonin parsknął krótko, a kącik jego ust uniósł się lekko do góry, mimo to pozostając całkowicie poważnym. Zerknął jednym okiem na ruchome zdjęcie ciemnoskórej, krępej kobiety. Zmarszczył brwi – dopiero teraz dotarł do niego pełen ton wypowiedzi Adalberta.
— Jest tam coś jeszcze? — Niedbale przekartkował „Proroka Codziennego”.
— Coś o tym, kim byli ci zamordowani, wspomnienia dawnych czasów i prognoza zmian. Trochę o nowych zatrzymaniach ludzi podejrzanych o morderstwo Rosenberga. — Widząc pytające spojrzenie Dołohowa, machnął ręką i mruknął pod nosem: — Nikt ważny, same płotki. Trzeba wyczyścić Azkaban, zanim zamknie się tam prawdziwych zdrajców krwi.
Antonin pokiwał powoli głową.
— Wigowsky już wie? — spytał, odsuwając się na krześle tak, by był w stanie otworzyć szufladę biurka. Na stertę dokumentów wrzucił „Proroka” i podniósł wzrok na Lestrange'a. — Było coś w „Słowie”?
Śmierciożerca pokręcił przecząco głową.
— Pamiętaj o różnicy czasu. Sowa z „Prorokiem” leciała najszybciej, jak mogła. Wigowsky'ego zostaw w spokoju, jest środek nocy. Dowie się wszystkiego rano.
Dołohow podniósł się z miejsca i powoli przeszedł po gabinecie. Lestrange nie odwrócił za nim głowy; kątem oka widział, jak śmierciożerca wygląda przez okno. Poza padającym śniegiem niewiele mógł ujrzeć; Instytutu Durmstrang nie otaczały żadne budynki czy lasy.
— To idealny moment — zauważył Antonin, odwracając się plecami do okna. — Jutro pierwszy raz zaprowadzimy uczniów do Nurmengardu. Wrócą i wszystkiego się dowiedzą. — Oczy śmierciożercy zalśniły iskierkami zadowolenia.
Lestrange nie zareagował w żaden werbalny sposób – spojrzał jedynie na Dołohowa, obracając w dłoniach różdżkę. Zastanawiał się przez chwilę nad tym, czy jest w ogóle sens zadawać pytanie, które trapiło go w każdej chwili, gdy patrzył na Antonina.
— Jest ci żal? — mruknął w końcu, w myślach śmiejąc się do samego siebie – rozmowa na tym poziomie pomiędzy dwoma dojrzałymi mężczyznami wydawała się mu naprawdę żałosna. Gdy Dołohow spojrzał na niego z niezrozumieniem, wytłumaczył: — Że siedzisz w swoim gabinecie wicedyrektora w Rosji, podczas gdy młokosy zabijają w Londynie Ministra.
Przez twarz śmierciożercy przeszedł grymas, który podrzędny obserwator mógłby wziąć za przewidzenie – Adalbert, znając go jednak dłuższy czas, rozumiał, że chodzi o nerwowy tik, który zdradzał Antonina, gdy kłamał.
— Masz mnie za idiotę? — syknął Dołohow, wydymając pretensjonalnie wargi. — Przecież...
— Niesłusznie. — Nie przejmując się jego słowami, Lestrange przerwał monolog u początku. — Tu chodzi o ten element zaufania. Młodzi myślą, że robią coś naprawdę ważnego, a każdy może być maszyną do zabijania. Ale nie wszyscy znajdą się na naszym miejscu, w tej... toksycznej Rosji — powiedział, wahając się chwilę przy doborze odpowiedniego określenia. — Oni tego nie widzą, ale to my odgrywamy tu pierwsze skrzypce, nawet jeśli to odległość dwóch tysięcy mil. Gorsky... Gorsky je nam i Czarnemu Panu z rąk. To możemy nazwać służbą, nie te igraszki podnieconych dwudziestolatków. — Ton Lestrange'a był spokojny, pouczający, zupełnie jakby rola nauczyciela, w którą wcielał się od kilkunastu miesięcy, została mu przypisana razem z momentem narodzin.
— Gorsky nie miał wyjścia — Dołohow był mniej optymistyczny. Patrzył z wyższością na Adalberta, a coś w jego spojrzeniu sugerowało, że śmierciożerca powinien czuć się zawstydzony przez to, że wyraźnie oddziela kwestię państwa i magii. — Rosja jest za duża demograficznie, sama instytucja Ministerstwa działającego na podobnych zasadach do angielskiego jest bez sensu. Tutaj potrzebny jest ten pierwiastek caratu, nie sprawdzający się w kwestii nazewnictwa, a ideologii. Tak jak kiedyś Grindelwald. Spójrz na mugoli i ich Sekretarza Stanu — warknął, zdenerwowany tym, że musi używać takich porównań, jak i ogromem niewiedzy Lestrange'a, który teraz patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. — Gorsky jest przy nim nikim i wszyscy to widzą, nawet on sam.
Zapadła chwila ciszy, podczas której Adalbert analizował słowa Dołohowa. Do tej pory nie był świadom tego, że śmierciożerca, pomimo wychowywania się w Anglii, tak wielką wagę przykładał do swojej ojczyzny. Podczas gdy dla niego były to kolejne dni spędzone poza domem, a każdy z nich wyglądał podobnie: kolejne lekcje, kolejne informacje, kolejne sowy z i do Wielkiej Brytanii, malejące zbiory proszku Fiuu czy euforia powodowana dobrymi wieściami w „Słowie” – Antonin w tym czasie, podczas swoich licznych aportacji, odkrywał magię potężnej i ponurej Rosji.
— Ale to dobrze — dodał po chwili, wciąż patrząc w ten nieprzyjemny sposób na Lestrange'a. — W ten sposób wzrasta nienawiść do mugoli, mają coś, na co nas jeszcze nie stać, psychologia. W tym momencie na scenę wkracza Czarny Pan, który chce pomóc Gorsky'emu. Zrzesza czarodziejów, pomaga im wyjść z cienia mugoli. Tutaj pokonujemy zazdrość i wchodzimy na kolejny stopień, zadośćuczynienie. Czarny Pan pomoże się odegrać tym najbardziej mściwym... — Ostatnie zdanie Antonin wypowiedział ledwo dosłyszalnym szeptem, jakby jeszcze było to tematem tabu, pomimo że od dawna było wcielane w życie. — Nie widzisz tego, bo ciągle tkwisz w zamku. Nie mówię, że to źle, w końcu ważnym fundamentem jest młodsze pokolenie z zakorzenionym systemem wartości! — zapeszył się nagle. — „Słowo” nie pisze o tym otwarcie, ale w Rosji trwa wojna domowa czarodziejów i szlam. Ciągłe zniknięcia i mordy... to już nie tylko nasze dzieło. Nawet nie wiesz, jaki zwierzęcy pierwiastek udało się nam w nich obudzić... Ludzie walczą już w rodzinach. To wschód, daleko do cywilizacji, tutaj ojciec zabija szlamowatą matkę, rzecz nie do pomyślenia w Anglii, ale dzieci stają po jego stronie dzięki nam! Czarodzieje gwałcą szlamowate kobiety, a ich bracia je zabijają, bo dały się im zgwałcić! — W głosie Dołohowa brzmiała ekscytacja, a oczy płonęły z podniecenia. Lestrange nie odzywał się słowem, zszokowany tym, co usłyszał. Dopiero po chwili Antonin pokiwał powoli głową, podczas gdy Adalbert zdał sobie sprawę z tego, że grymas, który zagościł na twarzy śmierciożercy, musiał być zwykłym przewidzeniem. — Tak... naprawdę jest mi żal, że do tego wszystkiego doprowadziliśmy, mając za drugie wyjście perspektywę zabicia Ministra...
Deszcz miarowo uderzał o szyby, podczas gdy Christian Travers siedział przy jednym ze stolików w Bunkrze. Wczesną porą był jedynym klientem – tylko za barem stał Flanagan, co chwila rzucając mu znaczące spojrzenia niebieskich oczu. Ciężka muzyka huczała w uszach, a sens słów przemijał gdzieś obok. Śmierciożerca siedział przy szklance Ognistej Whisky, w spokoju paląc papierosa, a jego myśli szalały gdzieś w przestworzach. Z każdą kolejną minutą powieki stawały się coraz cięższe, a dźwięki dochodzące z magicznego radia – przystępniejsze dla uszu. Przymknął oczy i oddychał głęboko.
Gdy ktoś otworzył drzwi, podmuch zimnego powietrza owiał jego plecy, skutecznie wybudzając go z letargu. Strzepał popiół z papierosa i zamoczył usta w Whisky.
— To co zawsze?
— Nie teraz, Langley, nalej mi piwa.
Usłyszał ciężkie kroki Notta, który po chwili opadł na siedzenie naprzeciwko. Zsunął ciemny kaptur i potrząsnął głową; krople orzeźwiającego deszczu opadły na twarz Traversa. Ethan niedbale rzucił kurtkę na wieszak, po czym spojrzał wyczekująco na Christiana.
— Chyba wiesz, o co pytam — syknął.
Śmierciożerca nie odezwał się ani słowem, patrząc na niego obojętnym wzrokiem spod wpół przymkniętych powiek. Przysunął papierosa do ust i zaciągnął się po raz ostatni, ciskając niedopałek do popielniczki.
— Ty porobione ścierwo — zwrócił się do niego Nott, mierząc go nieprzyjemnym spojrzeniem. Chwycił w dłoń piwo i pociągnął z kufla sporego łyka. — Mam w dupie, jak to zrobisz, ale ogarnij się szybko, bo nie mamy czasu.
Christian parsknął śmiechem, a kącik jego ust uniósł się do góry.
— A do czego jestem ci potrzebny? — spytał szyderczo, opierając się na stole. — Skocz lepiej do Hogwartu po Monaghan, w końcu to ją wybrał Czarny Pan.
Twarz Ethana Notta wykrzywiła się w uśmiechu. W jego oczach pojawiły się ledwo dostrzegalne iskierki zadowolenia, po czym parsknął wymuszonym śmiechem i z przesadną nonszalancją uniósł kufel piwa, z którego zaraz upił łyka. Uśmiechnął się jeszcze raz sam do siebie, po czym z nieukrywanym przeświadczeniem, jakoby Traversowi nie chodziło o nic więcej niż tę jedną osobę, zaczął:
— Gaulliści...
— Spierdalaj — przerwał mu Christian. Nott zaśmiał się głośno i ponownie uniósł kufel piwa do ust.
— Zacznijmy od razu.
Głos Elizabeth przerwał pełną napięcia ciszę, a jego echo zabrzmiało pośród kamiennych ścian sali, w której się znajdowali. Każdy w ciszy kontemplował to, co się stało, zupełnie jakby dopiero po chwili dotarła doń informacja przeczytana przez koleżankę. Jeden Krukon – blondyn z siódmej klasy, był tutaj chyba dopiero drugi raz – zapalił papierosa, a nieprzyjemny zapach powoli docierał do nozdrzy wszystkich uczniów. Po nim znalazł się kolejny i kolejny, w kilka chwil mała sala zapełniła się kłębami dymu.
Nieco rozkojarzeni, odwrócili głowy w stronę Elizabeth. Ci, którzy siedzieli dalej, niewyraźnie widzieli jej twarz oplataną ciemnymi kosmykami włosów. Brunetka zaś zmarszczyła brwi, zmuszając się do wyjaśnień.
— Nikt się tego nie spodziewa, wszyscy są w szoku i chyba nie wierzycie, że Trzmiel myśli o tym, że w Hogwarcie coś może się stać? — Zamilkła na chwilę, oczekując pomruków zrozumienia, czy czegoś, co przekonałoby ją o tym, że cała reszta myśli podobnie. Po chwili ciszy, zmieszana, poczuła tylko jak Seward ściska ją za łokieć. — No, i pewnie teraz coraz więcej ludzi się znajdzie... Nie wiemy, czy ich intencje będą szczere — dodała cicho, niepewnie. Spojrzenia starszych stażem uczniów niebywale ją krępowały.
— To w sumie nie jest takie głupie. — Jasnowłosy Krukon pokiwał głową i zgasił papierosa. — W końcu kiedy...
— Mówisz serio o tych szpiegach? — Jugson przerwał chłopakowi, zwracając się do Elizabeth. Ta jednak, zajęta rozmową z Sewardem, nie zwracała na niego uwagi. — Ty, no... Effy! — w końcu przypomniał sobie imię dziewczyny. Ta jednak nie zareagowała na skróconą formę.
Zirytowana Americana syknęła:
— Oczywiście, że, khh, mówi poważnie, idioto. Kto o zdrowych zmysłach nie chciałby być teraz po lepszej stronie? Zgaście to, khh, cholerstwo!
Nie czekając na reakcję pozostałych uczniów, wyciągnęła różdżkę i – wahając się zaledwie sekundę – wykonała nią skomplikowany gest, który sprawił, że cały dym i nieprzyjemny zapach uleciał z pomieszczenia. Na chwilę zapadła cisza – jakiekolwiek resztki sztucznej atmosfery pełnej konspiracji przestały istnieć, a młodzi poplecznicy Czarnego Pana nie mogli dłużej ukrywać się za mgiełką tajemnicy. Chwila na siłę wytworzonej przez nich samych zadumy stała się już przeszłością, do której mieli nie powracać. Waga wypowiedzianych słów i złote milczenie, onieśmielenie i czas zrozumienia – Americana jednym ruchem nadgarstka pozbawiła ich możliwości udawanej kontemplacji, na którą nie byli gotowi.
Pierwszy poruszył się Jancor – rudowłosy piątoklasista, którego wygląd skazywał na opinię lokalnego zabijaki. Ponownie wyjął z paczki papierosów używkę i wsunął ją sobie do ust.
— Nie odpalaj tego ścierwa — warknęła Americana, a mięsista dłoń Jancora zastygła w połowie ruchu. Powietrze nie buzowało, drobinki kurzu nie mieniły się w świetle, a napiętej atmosfery nie można było kroić nożem. Jedynie rodzaj swoistego przygnębienia i ponure spojrzenia wszystkich obecnych mogły świadczyć o ich ustosunkowaniu się do zachowania Americany. Ta zaś odczekała chwilę, zmuszając samym spojrzeniem piątoklasistę do schowania papierosa. Wtedy przywołała na twarz pełen sztucznej życzliwości uśmiech i odwróciła się do Elizabeth. — Masz jakieś sugestie, Effy?
Pod naporem jej spojrzenia Krukonka delikatnie wysunęła swoją dłoń z ręki Yaxleya, po czym niepewnie zerknęła na chłopaka.
— Ja nie byłam... — Pokrzepiające spojrzenie Sewarda sprawiło, że chrząknęła i powiedziała: — Nie wiem.
Niepokojącą ciszę przerwał śmiech Americany – tak samo głośny, jak i sztuczny. Wsunęła długie palce we włosy i odsunęła jasne kosmyki z czoła; choć na twarzy gościł uśmiech, niebieskie oczy pozostawały przerażająco zimne.
— Więc o co chodzi? — Bezbarwna nuta w głosie Ślizgonki mogła oznaczać wszystko. Gdy nie uzyskała odpowiedzi, zaśmiała się jeszcze raz i z teatralną rezygnacją spojrzała po wszystkich obecnych, celowo omijając Sewarda. — Nie jestem pewna, czy dobrze się zrozumieliśmy — powiedziała cicho, lekko mrużąc oczy. — Nie siedzicie tutaj po to, by palić jednego papierosa za drugim i oddawać się zgubnym myślom. Co więcej, nie siedzicie tutaj też po to, żeby w ciszy kontemplować to, co od nas usłyszycie. To nie są żadne pieprzone deski teatru, gdzie możecie udawać sobie całe te wasze zamiłowanie do idei i pokazywać, z jaką dostojnością wszystkiemu temu podołacie — po raz pierwszy podniosła nieznacznie głos. Odczekała chwilę, podczas której zdążyła się uspokoić i dodała: — Już na to za późno. Więc jeśli wychodzicie z jakimiś nowatorskimi pomysłami, miejcie też równie nowatorskie pomysły na ich realizowanie, a nie oczekujecie poklasku za puste słowa.
Jancor uniósł kącik ust w grymasie całkowitego niezrozumienia i patrzył na Americanę spod zmarszczonych brwi.
— A ty, za kogo się masz, hę?
Ślizgonka gwałtownie odwróciła głowę w stronę, z której dobiegło ją owe pytanie. Przez ułamek sekundy można było dojrzeć jej zdziwienie, zaraz jednak ściągnęła brwi i wydęła lekko górną wargę; na szczupłej twarzy grymas ten powodował nieodzowne skojarzenia z obślizgłą czaszką węża.
— Kiedy...
— Daj spokój, Zabini.
Seward milczał tego dnia. Poza dwoma słowami, którymi oznajmił im szczęśliwą nowinę, nie odezwał się aż do tej pory – bynajmniej nie głośno, szeptem wymienił już bowiem parę zdań z Elizabeth. Jego myśli nie krążyły jednak wokół jakiegokolwiek – nawet najmniej frasującego – tematu; w ciszy przysłuchiwał się dyskusji obecnych w pomieszczeniu uczniów, ze swoistym spokojem przyjmując ich innowacyjne pomysły. Jakkolwiek wielkim paradoksem mogłoby się to wydawać, idea wiążąca się z zaangażowaniem nie odpowiadała młodemu Yaxleyowi. Nie w przypadku czczych dysput, które zwykli prowadzić ludzie w zbliżonym mu wieku; koniecznie przekonani o własnych racjach i przez swą dumę niezdolni do kompromisu. Pamiętał o propozycjach; nadając swojej osobie lekceważącą postawę, wciąż czerpał z tego, co mówili, by w końcu samemu dojść do odkrywczych wniosków. Nie było w jego zachowaniu nic nowatorskiego, od zawsze zdawał sobie sprawę z potęgi tłumu, który potrzebował tylko osoby wystawianej na piedestały. Nie kazał jej długo szukać.
Panowanie nad sytuacją należało do jednego z niewielu jego zadań, których przestrzegania się podjął. Niekoniecznie namacalnie, niekoniecznie proszony; brak zdolności do czytania ludziom w myślach nie oznaczał całkowitego ograniczenia. Chwila dedukcji wystarczała, by zdobyć niezbędne prawdy; ślizgoński spryt pozwalał łączyć je w jedną. Sposobem iście amatorskim przez lata piął się na szczyty, czekając momentu, w którym po jego słowach zapadnie cisza – gdy jakakolwiek prośba zdobędzie poklask, chociażby pośród niewielkiej grupy. Ona zawsze tworzyła prawa niekwestionowane przez innych.
Dlatego też przystojny brunet, który siedział po drugiej stronie koślawego okręgu, odłożył z powrotem na kolana uniesioną dłoń. Jedynie drgnął mu kącik ust, gdy spojrzenia – jego i Americany – spotkały się na chwilę. Nie odzywał się jednak; doskonale wiedział, że kiedy Yaxley uważał, że nie ma się o co kłócić, w rzeczywistości temat musiał być błahy. Jak na potwierdzenie swoich myśli, usłyszał szept siedzącej obok Puchonki, własnej kuzynki:
— Ty to zawsze musisz odezwać się nie w porę.
*All Ends – I’m a monster
**parafraza słów cytowanej już na TTP piosenki Pidżamy Porno „Kotów kat ma oczy zielone”